Miałam tak wielką chęć dziś nie wstawać do szkoły, chociażby ze względu na kogoś takiego jak Matt. Wiedziałam co mnie dziś czeka. Co może się wydarzyć. Jednak rodzice nie nabrali się nawet na udawaną chorobę. Przez ich narzekania między innymi że w przyszłym roku mam maturę, że muszę mieć kontakt z rówieśnikami po tym wszystkim co mnie spotkało, dlatego aby odetchnąć musiałam pojawić się w szkole. Pragnęłam im o tym wszystkim powiedzieć, ale jak? Byłam tchórzem.
Nigdy nie zdawałam sobie sprawy jak można bać się dziennego światła, kontaktu z innymi. Ludzie byli najnormalniejszymi w świecie tchórzami. Próbują czymś zastąpić strach. Najpierw robią coś by załagodzić ból, lęk, tęsknotę, a dopiero potem zaczyna im to nie wystarczać. Zasięgają po bardziej efektywne czynności. Żyłam w zamknięciu przez kilka miesięcy. Nie mogłam pogodzić się ze swoim istnieniem i nienawiścią innych względem mojej osoby. Przy pomocy dwóch najbliższych osób, które mi zostały przełamałam to i dałam radę. I tak o to jestem tutaj.
Otrząsnęłam się z zamyśleń, kiedy mama weszła do pokoju i powiedziała:
- Jess, nie siedź tak, musisz iść - a raczej rozkazała
Podążyłam do łazienki, gdzie wykonałam codzienną rutynę. Ubrałam jasno-niebieskie jeansy z miejscowymi przetarciami, do tego białą bluzkę z krótkim rękawkiem, we włosy wpięłam dwie spinki upinając nimi grzywkę po obu stronach głowy, a na nogi wsunęłam czarne trampki..
Zeszłam na dół, a na stole czekało już na mnie śniadanie przygotowane przez mamę w postaci tostów z serem żółtym i szklanki soku pomarańczowego.
Moja rodzicielka wiedziała jak poprawić mi humor. Obie uznałyśmy, że wczorajszego zajścia między nami nie było. I nie ma sensu powracać do tych wydarzeń
- Dziś ja cię zawiozę do szkoły, bo tata musi załatwić kilka spraw - zaczęła
- Nie musisz, mogę jechać przecież sama - odparłam z pełnymi ustami posiłku, który w tej samej chwili skończyłam konsumować
- Myślę, że do końca tygodnia możemy cię trochę po rozpieszczać - zachichotała - jednak nie przyzwyczajaj się, bo od poniedziałku wszystko wróci do normy, chociaż - i w tej chwili się zatrzymała
- Chociaż co?
- Chociaż, nie do końca wszystko będzie tak jak kiedyś. Bo pojawił się w twoim życiu ktoś taki jak Ricardo i zakładam, że to z nim będziesz chodzić do szkoły - znowu zaczynała, czy właśnie nie o to pokłóciłyśmy się zeszłego wieczoru . Myślałam, że ten temat jest zamknięty i nie warto go poruszać po raz kolejny. Przemilczałam to i gdy spojrzałam na zegarek uświadomiłam mamę, że musimy już wychodzić jeśli nie chcemy bym spóźniła się pierwszego dnia w szkole.
Zdjęła swój biały fartuszek, a z komody znajdującej się na korytarzu chwyciła kluczyki do samochodu. Ja natomiast wzięłam torbę, która znajdowała się przy schodach. Zarzuciłam ją na ramię i podążyłam do drzwi. Otworzyłam je i wyszłam na zewnątrz. To samo zrobiła moja mama zakluczywszy przed tym jeszcze dom. Po chwili usłyszałam charakterystyczny dźwięk odblokowywania samochodu. Wsiadłam do niego, kładąc torbę między nogi. Odjeżdżając obejrzałam się smutno za domem, bo bałam się. Bałam się, że już nie wrócę. Nie wiedziałam co mnie czeka. Może za tydzień będzie mój pogrzeb a Matt wyląduje na oddziale psychiatrycznym, a może znajdę się w szpitalu z urazem głowy?.
Rozmowa w czasie jazdy nie kleiła się. To nawet lepiej jak dla mnie. Nie miałam zamiaru znów rozmawiać o nieistniejącym Ricardo.
Gdy dojechałyśmy na szkolny parking sztucznie uśmiechnęłam się i powiedziałam szybkie "dziękuję" i wyszłam z pojazdu.
Gdy zobaczyłam odjeżdżającą mamę westchnęłam głośno i skierowałam się w stronę miejsca zwanym dla mnie "czas na śmierć". Jeśli jesteś silny wygrasz, jeśli nie - zginiesz. Proste zasady..
Jak zwykle by dostać się do środka musiałam przejść przez bramę, potem weszłam po schodach i otworzyłam ciężkie drzwi rozglądając się nerwowo na wszelkie strony. Pomimo miejsca, w którym powinnam czuć się bezpieczna, obawiałam się swojego końca.
Gdy przywitałam się z panem konserwatorem weszłam przez drewniane drzwi z dwiema szybami. Na korytarzu nikogo nie było. Pewnie dlatego, że była już prawie ósma.
Wchodząc do sali biologicznej cały harmider, który dotąd panował ucichł a wszystkie pary oczu skupiły się na mnie. Nie lubiłam tego momentu.Zauważyłam wolne miejsce na końcu rzędu ławek pod oknem i właśnie tam usiadłam. Po chwili wszedł nauczyciel i tak zaczęła się lekcja organizacyjna. Najnudniejsza rzecz w całym świecie.
I w taki oto sposób minął mi cały dzień, nie licząc na każdym kroku paniki przed Matt'em i jego świtą. Owszem widziałam Tom'a i Josh'a, ale "Pana Panującego" - nie. Czyżby przeoczył taką szansę by się ze mną rozprawić? Dla mnie to było korzystne. Może przeniósł się do innej szkoły? Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie. On nigdy nie odpuszcza. Są rzeczy ważne i ważniejsze przecież.Zapewne planuje coś okropnego o czym przekonam się w niedalekiej przyszłości.
Wychodząc ze szkoły zauważyłam czekającą już na mnie mamę
Podsumowując dzień minął bez żadnych komplikacji, a ja nie zyskałam ani jednej rany na moim ciele.
Byłam zdziwiona takim obrotem całej sytuacji. Bałam się iść do szkoły, bo po tym co się wydarzyło wczoraj byłam pewna, że Matt nie odpuści i że jego zemsta nabierze jeszcze większych rozmiarów oraz groźniejszych planów. A tu... nic. Nie, nie narzekam. Wręcz przeciwnie, cieszę się jak dziecko.
Wieczorem przebrałam się na sportowo. W uszy włożyłam dwie białe słuchawki a w kieszeni wylądował mój iPod. Postanowiłam pobiegać. To zawsze mnie rozluźniało i sprawiało, że byłam wypoczęta jak nigdy. Kiedy znalazłam się w salonie krzyknęłam do rodziców, że wychodzę na jogging. Usłyszałam przez grającą muzykę w moich uszach cichą odpowiedź.
Wyszłam z domu i od razu zaczęłam biec truchtem. Mijałam krzaki i drzewa. A przez nos wciągałam świeże powietrze którym mogłabym się napawać w taki sposób każdego dnia. Kochałam to miejsce. Nie zamieniłabym go na nic innego. Było dość ciemno, ale nie przejmowałam się tym jakoś specjalnie.Mój dom był niedaleko. Czułam się bezpieczna.
Postanowiłam zrobić sobie krótką przerwę i porozciągać się. W tym celu oparłam nogę o drzewo i zaczęłam stretching. Po chwili zobaczyłam jakby jeden z krzewów niedaleko poruszył się, ale nie był spowodowany wiatrem. Wyjęłam słuchawki i wyłączyłam urządzenie z muzyką.
- Jest tam ktoś?! - krzyknęłam, jednak nie otrzymałam żadnej odpowiedzi
Chciałam się wycofać i wrócić do domu,ale po chwili poczułam jakby ktoś dotknął lekko mojej dłoni. W tym momencie strach znów powrócił. Teraz gdy myślałam już pozytywnie. Krążyłam wokół własnej osi wytężając swój wzrok w celu ujrzenia kogoś. A może to moja wyobraźnia. Halucynacje?
Kolejny raz poczułam to samo. Co się dzieje?!
- Kto tu jest?! - znów krzyknęłam - Wyłaź stąd!
To nie skończy się dobrze, jeśli teraz nie wrócę do mieszkania. Tak też zrobiłam, ale już sekundę później poczułam czyjś chwyt pod biustem. Na ustach zaś dostrzegłam jakąś szmatkę. A kilka chwil później ujrzałam ciemność. Zemdlałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz