poniedziałek, 22 czerwca 2015

Rozdział 11.

Mój sen nie trwał długo, po kilkunastu minutach poczułam szarpanie. Znów ujrzałam jego twarz.
- Wstawaj - powiedział donośnym głosem
Wykonałam nie chętnie jego rozkaz.
- Czas teraz na zakończenie naszej wspólnej zabawy - zabawy? Serio? On nazywał TO czymś co brzmiało tak przyjemnie?
- Proszę. Nie. - powiedziałam, a raczej wyszeptałam
Rzucił „lekko" mną o ścianę. Nogi uginały się pode mną. Już nie miałam siły nawet by stać... Dlatego opadłam na ziemię, ręce bezwładnie leżały w różnych stronach a głowa opadła na dół.
Po chwili poczułam jak chwycił mnie za nogi i przesunął tak bym leżała.
Zaraz po tym stanął pomiędzy moim ciałem na kolanach i oparł się rękami, które znajdowały się teraz po obu stronach mojej głowy.
Moim oczom nie uszło to, że zaczął rozpinać pasek w swoich spodniach. Teraz nie byłam obojętna na jego zachowanie. Chciałam się wyrywać ale jego nogi uściśliły się przy moim ciele. A swoimi rękoma chwycił moje nadgarstki, które ułożył nad moją głowę dalej je trzymając, przybliżył usta do mojego ucha i szepnął prawie nie słyszalnie
- Jeden ruch i może być po Tobie. Pamiętaj. Mam asa w rękawie - zdołałam tylko przełknąć głośno ślinę i zamarłam. Nie wydobywał się ze mnie żadne poruszenie. Żadna panika. Nic. Kompletnie nic.
Zauważyłam na ustach Matta satysfakcję, że potrafił nade mną zawładnąć.
Zaczął mnie dotykać. Głaskać po całym ciele. Ale po chwili zaprzestał. Na jego twarzy było zdezorientowanie. Zszedł ze mnie. Co teraz zrobi?
Złapał się za głowę.
Zaczął spoglądać to na mnie to na swoje dłonie i po chwili jego oczy spoczywały na mojej osobie a on zaczął :
- Co ja zrobiłem? Jestem bestią! To wszystko na marnę! Ja nie dam rady! To mi jest potrzebna pomoc. Nigdy mi się nie uda - Co on bredził? Nie przerywałam mu, bo cholernie się bałam - Jessica! - Na krzyk swojego imienia drgnęłam -
Wstawaj! Zabierz swoje rzeczy i uciekaj - Nie wiedziałam co robić? Czy to jego kolejna gra? Powoli wstałam a on znów zaczął krzyczeć - Szybko! Zanim zrobię ci naprawdę krzywdę! - Mówił to bardzo poważnie. Chwyciłam szybko swoje rzeczy, podbiegłam do drzwi, pod nimi był kluczyk. Szybko włożyłam go w otwór zamka.
Ręce coraz bardziej drżały mi. A on cały czas powtarzał „Szybciej! Szybciej!"
Gdy w końcu otworzyłam drzwi wybiegłam. Zbiegając na dół ubierałam swoje ciuchy. Gdy wydostałam się z jego domu nie wiedziałam gdzie iść. Nie znałam tego miejsca...
~*~
Przekręciłem klucz w drzwiach, gdybym chciał za nią wybiec. I dopiero teraz wszystko zaczęło do mnie dochodzić...
Co ja narobiłem?! Co by było gdybym nie opamiętał się. Skrzywdziłbym ją!
Te wszystkie rzeczy które zrobiłem nie pomogły, a wręcz przeciwnie. Zaszkodziły...
To nigdy się nie uspokoi. Jej strach... Jej smutne oczy i przerażenie.
Boże! Jaką ja bestią jestem!
Nie mogę się do niej zbliżać.
To mogło się skończyć najczarniejszym scenariuszem.
To nieopamiętanie płynące w moich żyłach. Czy ja kiedyś zaprzestanę. Czy kiedyś... zmienię się...?
~*~
Zamykając za sobą drzwi wejściowe niedaleko tarasu znajdowała się tabliczka : „Matt Fewman".
Ta posiadłość należała do niego. A gdzie jego rodzice? Pozwalają mu na to wszystko? Wychodząc za ogrodzenia odwróciłam się i spojrzałam w okna stał w nich i patrzył. Mogłam dostrzec, że jego oczy były smutne, ale też przerażone. Ta druga cecha mnie zdziwiła... No bo jak on może być przestraszony. To mnie chciał zabić !
Niedaleko tego przerażającego domu zobaczyłam przystanek. Na kwadratowym znaku widniały dwie cyfry znane mi od kilku lat. Odetchnęłam. Jestem uratowana! Gdy pojazd przyjechał wsiadłam, na moje szczęście nie było w nim zbyt dużo ludzi.
Moje oczy dojrzały tylko grupę ludzi, którzy zapewne wracali z jakiejś imprezy.
Spojrzeli tylko na mnie, a potem znów powrócili do rozmów i śmiechów. Zapewne było tak przed moją obecnością. Ewentualnie ich reakcja była wywołana moją osobą. Pewnie wyglądałam jakbym dopiero wstała.
Zakładam, że była już dość późna pora.
Spojrzałam na czytnik do biletów. Wskazywał on 2:30.
Co?! Tyle czasu tu przebywałam, a rodzice... nic? Nie do pomyślenia...
Gdy w końcu usiadłam - jak to ja - zaczęłam rozmyślać o zaistniałej niedawno
sytuacji. Co mu się stało... Tak jakby pojawiła się w nim zupełnie inna osoba...
O co w tym chodzi... To jakaś chora gra...
Byłam bardzo śpiąca, dlatego gdy dotarłam pod drzwi domu, delikatnie je otworzyłam tak by nie budzić domowników, podążyłam do swojego pokoju. Chwyciłam szybko piżamę. Gdy weszłam do łazienki spojrzałam na swoje odbicie w lustrze.
Wyglądałam strasznie! Worki pod oczami, rozczochrane włosy. Moje odbicie przypominało sto nieszczęść.
Weszłam pod prysznic, a kiedy na moje ciało wpłynęła ciepła woda syknęłam z bólu. W tej samej chwili przypomniały mi się rany na plecach. Umyłam się uważając na obrażenia. Gdy wyszłam z kabiny nie owijając się w ręcznik spojrzałam tyłem w lustro. Boże! Co on ze mną zrobił?! Rany były całe zaczerwienione, żeby nie powiedzieć ogniste. Jak on może spoglądać w swoje odbicie każdego dnia?!
Przebrałam się w nocne ubrania, podążyłam do pokoju, nie zapalałam już nawet światła.
Położyłam się do łóżko popełniając ogromny błąd kładąc się na plecach.
Zmieniłam pozycję. Leżałam teraz na prawym boku.
Łzy zaczęły mi spływać, a ja owinęłam się kołdrą tak jakby miała zapewnić mi bezpieczeństwo. Co chwilę ocierałam łzy. Zamknęłam oczy i widziałam jego nienawiść. Jego uderzenia. Mój płacz. Moją panikę. Po jakimś czasie nareszcie zaznałam spokoju w śnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz