W miejscu w którym teraz się znajdowałam było straszliwie ciemno. Biegłam dalej choć już powoli brakowało mi w płucach tchu. Po chwili poczułam, że wpadłam na kogoś, chciałam wstać i przeprosić, jednak już teraz zdołałam poczuć mocny uścisk na ramionach dwóch osób. Schwytali mnie. To koniec. Koniec ze mną... Teraz bałam się jak nigdy. Obawiałam się jednak najgorszego, wewnątrz mnie nie było cienia nadziei. Nikt się nie odzywał, w tej ciszy było słychać tylko oddychanie obecnych osób. Po kilku minutach namysłu zaczęłam zadawać sobie pytania: "Czy to Matt?", "Ale jak?", "Skąd by wiedział?". Ale zaczęłam łączyć fakty. Bo przecież miał dobre znajomości w mieście, wystarczyło że kiwnął palcem a już przy nim było wiele osób, które słuchało się go tak, jakby był jakimś Bogiem. I może ten co za mną szedł to jeden z jego sługów. Może?! Na pewno! Jessica! Otrzeźwiej i zacznij myśleć jak się stąd wydostać!
Moje przemyślenia i zastanowienia przerwała kolejna osoba, która - nie jak pozostali - stała przede mną i chwyciła mnie za nadgarstki przyciągając do siebie bardzo blisko. Domyślam się, że jest to chłopak - kolejny "przyjaciel" Matt'a. Nic bardziej mylnego...
Po chwili z jego ust zdołałam usłyszeć jak prawie niesłyszalnie szepcze:
- Znów się spotykamy Carter - natychmiast zrobiłam się sztywna. To był głos znany mi nie od dziś. Głos na punkcie którego moje mięśnie stawały się twarde a oddech nieumiarkowany. Chciałam uciec, ale nie miałam pomysłów jak to zrobić. Moje torby z zakupami, które trzymałam jeszcze niedawno wypadły mi w tym samym momencie kiedy spotkałam moich starych "kolegów".
Gdy Matt poluzował swój chwyt wyrwałam się i zaczęłam pięściami uderzać o jego klatkę piersiową, aby go trochę zdezorientować i uciec. Był sportowcem, który od lat biega. Nie miałam szans by od razu wziąć nogi w zapas. Po kilku uderzeniach usłyszałam głośne śmiechy za nami. Widać chłopacy mieli niezły ubaw, zwłaszcza mój główny prześladowca. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, iż to nic nie daje, a Matt nie drgnął ani o centymetr. Kiedy już trochę się uspokoiłam, Fewman zaśmiał się ostatni raz i powiedział:
- Słodko wyglądasz, gdy próbujesz zrobić mi krzywdę. Nasza kochana Jess chyba niczego się nie nauczyła zeszłego roku.
Po chwili w przedsionku pojawiło się trochę światła, a ja mogłam teraz ujrzeć twarz zarówno Matt'a jak i jego kolegów. Promyk słońca ujawnił moim oczom twarz której się bałam. Przez którą jeszcze jakiś czas temu miałam koszmary.
Ponownie złapał mnie za nadgarstki. Całą jego siłę i złość mogłam poczuć w tej chwili na swoim ciele. Przycisnął mnie do ściany, czułam teraz jego oddech na swoim policzku. Był blisko. Za blisko. Zapewne odczuł moje przerażenie, strach i lęk. Ale także to , że brzydziłam się go i dażyłam nienawiścią. Wywnioskowałam to z tego iż jego dłoń gładziła mój policzek i znów szepnął do mnie:
- Twój strach Cię przerasta. Możesz twierdzić, że jest inaczej, ale doskonale oboje wiemy, że jest inaczej. Twoje usta kłamią, ale niestety serce już nie. Twoja niechęć, a raczej nienawiść do mnie rośnie z każdym dniem coraz bardziej. A wiesz co jest zabawne? Że ja nawet Cię lubię. - zaśmiał się, jednak ja nie widziałam w tym wszystkim niczego co można by było uznać za zabawne
-Niczego się nie boję, a już na pewno nie Ciebie. Nie kogoś takiego ja Ty. Takiego ofiarnego błazna - czy ja naprawdę próbuję go obrazić? W duchu westchnęłam, ponieważ zdałam sobie sprawę, że jestem jeszcze bardziej żałosna niż jakiś czas temu.
Przygwoździł mnie jeszcze mocniej i powiedział teraz już normalnym tonem:
-Boisz się. Ja to słyszę. Ale o to właśnie chodziło. Myślałaś, że mnie oszukasz? Mnie? Nie doczekanie. Nie masz szans. Przejrzę Cię na wylot. Zawsze. Chciałaś zmian, ale to Ci nie wyszło, z resztą jak wiele innych rzeczy. A przecież to takie proste. Zmienić coś... - poczułam, że owija moje włosy na swoim palcu - No ale Ty jesteś we wszystkim beznadziejna, nie potrafisz nic zrobić dobrze. Może zastąpiłaś swój styl czymś wartym większej uwagi, jednak nie zmienia to faktu, że Twoja główka pozostała tak samo głupiutka i mało sprytna. - zwracał się do mnie teraz jak do małego dziecka.
Przerwał swoją wypowiedź i nasłuchiwał się mojemu oddechu nachylając się ku mojej klatce piersiowej.
Po wypowiedzeniu swoich słów chciał doprowadzić mnie do płaczu. Jednak tym razem to mu się nie uda. Bo to wszystko co przed chwilą wymówił, nie ruszyło zbytnio moich uczuć. Bo od zeszłego roku od niego i Alice byłam w stanie usłyszeć większy zbiór obelg. Może to dziwne, ale przyzwyczaiłam się do tego. Przyjęłam to do swojej świadomości. Tak po prostu Wprawdzie mówiąc to od tego wszystko się zaczęło...
- Jestem zdumiony - kontynuował - Nasza zabaweczka jeszcze nie płacze - Naprawdę? Czy on właśnie nazwał mnie ich zabawką? Muszę jakoś stąd uciec, jednak jest za silny by w jakiś sposób się wyprzeć. Wiedziałam już , że nie pójdzie tak łatwo jak rano w szkole.
Po chwili usłyszałam kroki, a we mnie pojawił się promyk nadziei, jednak natychmiast został zagaszony kiedy zobaczyłam sługów Matt'a. Swoją nienawiść dzieliłam pomiędzy ich wszystkich.
- Czego chcesz? - rzuciłam oschle w stronę Fewman'a
Matt przysunął się jeszcze bliżej, jeśli było to możliwe, a jego usta dotykały prawie płatka mojego ucha i wtedy szepnął znów jedno słowo na które wzdrygnęłam się i przełknęłam głośno ślinę:
- Ciebie
Boże! Gdzie jesteś?! Pomocy!!! Nie chcę umierać! - Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że te krzyki są tylko w mojej głowie i nikt mnie nie słyszy.
Chciałam coś powiedzieć, wołać o pomoc, ale nie mogłam wydusić z siebie ani słowa i jedyne co zdołałam zrobić to spojrzeć w dół.
- Co jest? Twoja odwaga znikła? - zapytał, a raczej stwierdził Matt
Musiałam odgrywać swoją rolę dalej, choć właśnie teraz bałam się go cholernie. Podniosłam głowę do góry, spojrzałam głęboko mu w oczy i powiedziałam:
- Czego mam się bać? Ciebie i Twoich przybłęd? Chyba sobie żartujesz - zaśmiałam się ironicznie i dodałam: - Matty - doskonale wiedziałam zdrobnienie imienia na niego działa. Nie znosił tego. Bo wtedy jego imię nie brzmiało tak władczo i groźnie, wręcz przeciwnie. Jego koledzy natychmiast się oburzyli, ale przestali gdy zauważyli jak "Pan Fewman" obserwuje ich z wrogością. Już po chwili poczułam, że jego wzrok wrócił z powrotem na moją osobę. Ostatnie słowo, które wypowiedziałam wolno podkreślając zdenerwowało Matt'a. Czułam jak krew w jego żyłach pulsuje jakby miała zaraz wyeksplodować po za jego ciało. Dostrzegłam, że jego źrenice oczu rozszerzają się. I teraz zdałam sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie widziałam go tak rozwścieczonego.
- Nie mów tak do mnie - każde słowo podkreślał z precyzją. I wtedy podskoczyłam ze strachu, bo uderzył pięścią w ścianę tuż koło mojej głowy.
Gdyby moja twarz znajdowała się wtedy, gdzie jego przelewywana złość jestem pewna, że nawet najlepsi chirurdzy plastyczni nie naprawiliby tej szkody.
I strach znów się pojawił.
Niedługo po tym zajściu zaczął dzwonić telefon.
- Kogo to do jasnej cholery komórka?! - zapytał jeden z rozzłoszczonych pupilów Matt'a, jego najlepszy przyjaciel
- Toż to ktoś od naszej złotej Jess - powiedział już spokojnie Fewman, jednak można było jeszcze wyczuć jego napięte mięśnie. Miałam ograniczone ruchy toteż nie mogłam sięgnąć po telefon, ale wyręczył mnie w wyciągnięciu go jakże wspaniałomyślny dowódca i wyjął dzwoniące urządzenie z mojej małej torebki, po czym rzucił go do Josha - tak miał na imię szatyn o piwnych oczach, którego pełne imię brzmiało Joshua, pochodził najprawdopodobniej z Francji i był najgroźniejszy z całej ich grupy tuż za Matt'em. To oni razem obmyślali plany zemsty.
- Wymyśl coś - rzucił władca - a Ty ani piśnij, bo wiesz jak to może się skończyć - skierował do mnie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz