niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział 2.



Jechaliśmy przez 5 minut w ciszy. Nie lubię milczenia, zwłaszcza tak niezręcznego, dlatego odezwałam się:
- Znowu szkoła, nauka i... - Chciałam powiedzieć "kolejne porażki", ale nie odważyłam się, bo gdzieś głęboko w środku wierzyłam, że ten rok będzie dobry - Takie tam - Dodałam
- Nie martw się, będzie dobrze. Jesteś dzielna
- Tak wiem - Powiedziałam sama w to nie wierząc. Szczerze mówiąc to rodzice nic nie wiedzieli co przechodziłam w tej szkole, jaki koszmar czekał mnie każdego dnia, a z tym wszystkim musiałam radzić sobie sama. To moja wada albo zaleta, ale nie lubię, wręcz nie znoszę mówić o swoich uczuciach.
Odetchnęłam gdy już dojechaliśmy na miejsca parkingowe szkoły. Nie miałam zamiaru i chęci by kontynuować tę rozmowę z tatą. Bo wiedziałam, że zaraz przypomną mi się rany na nowo. A tego nie chciałam i zapewne on też nie.
Podziękowałam mu za podwiezienie. Na pożegnanie go przytuliłam i wysiadłam. Gdy odjeżdźał jeszcze mu pomachałam.

Spojrzałam na budynek szkolny i westchnęłam głośno. Podążyłam do szkoły. Weszłam przez bramę,a potem po schodach znajdujących się przed wejściem. Gdy znalazłam się w środku postanowiłam zajrzeć do swojej szafki. Chciałam sprawdzić czy coś się w niej zmieniło. Wiedziałam, że będzie to dla mnie ciężkie, ale od czegoś trzeba było zacząć ten dzień.
Gdy zeszłam w dół do szatni i idąc przez korytarz czułam wszystkie pary oczu obecnych tutaj ludzi skupione ku mnie. Nie wiedziałam, dlaczego spotkał mnie aż taki "zaszczyt". Obawiałam się, że wyczuli mój strach. Przed wejściem do boksu ze szkolnymi przechowywalniami zatrzymałam się i wzięłam głęboki wdech i dopiero wtedy weszłam. Z kieszeni torebki wyjęłam mały kluczyk z czarną, okrągłą nakładką. Szukałam wzrokiem mojej szafki, gdy znalazłam numer 81 ręce zaczęły mi się trząść jeszcze bardziej, co spowodowało u mnie większę podenerwowanie i panikę. Ale już nie było wyjścia, zwłaszcza że czułam kilkanaście par oczu na sobie.
Włożyłam kluczyk w otwór od szafki, powoli go przekręciłam i otworzyłam drzwiczki. Ku mojemu zaskoczeniu wszystkie rzeczy znajdowały się w tym samym miejscu. Jakby nic a nic nie zostało ruszone. Wszystko było poukładane tak jak ubiegłego roku. I tego widoku właśnie się bałam. Czułam, że za chwilę łzy napłyną mi do oczu, dlatego zacisnęłam pięści i oczy by unormować swoje emocje. Nie mogłam pozwolić na wypłynięcie mojej słabości. Nie dziś. To miała być zmiana, a nie powrót do przeszłości.
Usłyszałam za sobą szelesty i szepty rozmów.
Nie mogłam wytrzymać tutejszego napięcia, toteż zamknęłam szafkę z nieplanowanym, głośnym trzaskiem.
Opuściłam głowę w dół opierając się czołem o metalowe drzwiczki, oddychałam ciężko. Mój oddech uspokoił by się, gdybym nie usłyszała za sobą bardzo znanego mi głosu. Aż za bardzo.
- Po co te nerwy. A tak poza tym to chyba się pomyliłaś.- Natychmiast wyprostowałam się.
Nie miałam zamiaru się odwracać, czułam narastające tempo bicia serca, ale nie mogłam okazać strachu. Stojąc cały czas w tej samej pozycji odparłam:
- D-dlaczego? - Chciałam brzmieć pewnie, ale emocje wzięły górę.
- Bo to z pewnością nie jest Twoja szafka. Musisz to wyjaśnić z dyrekcją. Mogę Cię tam zaprowadzić.
Kompletnie nie rozumiałam jego nieskładnych i niezrozumiałych zdań. I wtedy popełniłam wielki błąd odwracając się i mówiąc:
- Co ty bredzisz?
Widziałam w jego oczach zszokowanie i zdezorientowanie nie wspominając o rozszerzonych źrenicach. To ostatnie nie wróżyło niczemu dobremu, o czym przekonałam się już kilka a nawet kilkadziesiąt razy. Przełknęłam ślinę. Chciałam go obejść jednak zatorował mi swoją ręką drogę i popchnął bym była w dalszym ciągu w tym samym miejscu co kilka sekund temu.
Mój strach w oczach zaczął narastać gdy zaczął do mnie podchodzić. Nie miałam gdzie uciec, nie mogłam nawet wykonać ani kroku w tył, bo stałam oparta już plecami o rząd szafek.
Kiedy podszedł bliżej jego ręcę wylądowały z obu stron mojej głowy. Bałam się chyba jak nigdy, ale starałam się tego nie okazywać. Mój oddech na nowo był nierównomierny. Odwrócił się i krzyknął:
- Na co się gapicie?! Wynoście się stąd! Ale już! To sprawa między mną a Jessicą - ostatnie zdanie wypowiedział do mnie.
Nie chciał świadków? To się nie skończy dobrze. Wiedziałam o tym doskonale. Coś złego wydarzy się na tym korytarzu. Bardzo złego. Byłam tego pewna jak nigdy. W końcu odezwał się z wyraźnym zwrotem do mnie:
- Toż to przecież nasza Carter - spojrzał mi w oczy. Jego twarz była blisko mojej. Aż za blisko. - Widzę, że lubisz zmiany. Czas dwóch miesięcy Ci przysłużył. Gdybyś się nie odwróciła już bym Cię rozbierał wzrokiem. A tu BOOM! - gdy krzyknął podskoczyłam, a moje serce stanęło na kilka nędznych chwil. Dlaczego nie mogło zatrzymać się już na wieczność? - Zniszczyłaś moje wyobrażenia. Znowu robisz wszystko by być beznadziejną i bez wartości Carter. - Gdy to powiedział czułam, że pomimo prawdy i łez napływających do moich oczu musiałam zareagować. Tak też zrobiłam. Odepchnęłam go z całych sił i oddalając się od niego na bezpieczną odległość, czyli za kratami boksu i wtedy powiedziałam, a raczej wykrzyczałam:
- Przestań Matt! Mam już dosyć! Nie wszystko jest takie samo!
Oparł się o jedną z szafek, która znajdowała się bliżej mnie, założył ręce na klatce piersiowej i skomentował moje słowa:
- Oj nie jest. Masz rację. W tamtym wcieleniu nie pociągałabyś mnie tak jak teraz, a Ty nie odważyłabyś się krzyknąć na kogoś takiego jak ja. Bo wtedy strach Cię pochłaniał. A tu widzę diametralną zmianę Carter. Jednak nie zmienia to faktu, że za ten stopień tonu będę musiał Cię ukarać - uśmiechnął się władczo i opuścił luźno ręce wzdłuż ciała.
Gdy usłyszałam jego groźne słowa wiedziałam, że nie zdołam mu uciec. Matt doskonale zdawał sobie z tego sprawę i czekał, a raczej chciał sprawdzić moją reakcję. Oczekiwał, że poddam się i pójdę z nim na układ jak kiedyś. Nie doczekanie!
Choć był o wiele szybszy odemnie, czego doświadczyłam nie raz w tamtym życiu nie miałam zamiaru pokazać mu, że wygrał. Bo gra jeszcze się nie skończyła.
Kiedy odsunął się od szafek i zaczął kierować w moją stronę wiedziałam, że muszę coś zrobić, ale miałam pustkę w głowie dopóki nie zauważyłam kłódki na kratach. Jeśli tego nie zrobię to być może skończy się moją ... śmiercią. Na samą myśl o wypowiedzeniu tego słowa robi mi się gula w gardle.
- Zaczekaj - powiedziałam stanowczo a on się zatrzymał - Ja wejdę do środka. Chyba nie chcemy jakichkolwiek świadków, prawda? - zapytałam ironicznie, a Matt pokiwał głową zgadzając się z moją wypowiedzią. Jaki on był lekkomyślny. Miałam ogromną chęć uśmiechnąć się, bo zwycięstwo było tak blisko.
Przekroczyłam próg boksu, stojąc tyłem do krat wyjęłam niezgrabnie kłódkę, która była otwarta. Z każdym moim krokiem w przód chłopak cofał się poruszając się przy tym jak jakiś władca. Po chwili wybiegłam z małego pomieszczenia, a Matt zaśmiał się
- Co tym razem?
Przesunęłam szybkim ruchem okratowania w lewą stronę i zapięłam kłódkę. W tym samym momencie Fewman znajdował się za ogrodzeniem między korytarzem a miejscem w którym się znajdował. Ja natomiast odeszłam kilka kroków w tył. Nikt nie wiedział do czego był zdolny.
- Szach i mat - powiedziałam
- Wypuść mnie! - krzyknął
- Sam się nie uwolnisz Matt? Biedactwo. Tak mi Cię żal - zrobiłam współczującą minę
- Carter!
- Ale w końcu jesteś Matthew Fewman! - wypięłam pierś do przodu krzycząc tak jakbym nagle dostała olśnienia - I dodatkowo jesteś dorosłym chłopcem, więc napewno sobie poradzisz - sama nie wierzyłam, że taka pewność siebie i odwaga wydobywają się z moich ust.
Gdy odchodziłam słyszałam jak krzyczy jeszcze do mnie:
- Carter! Ja kiedyś stąd wyjdę! Mówiąc kiedyś mam na myśli kilkanaście minut! Ale ty zostaniesz tutaj przez 10 miesięcy! Więc popamiętasz mnie!
Zatrzymałam się. On nie żartował. Szczęście, które przed chwilą mi dopisywało w mgnieniu oka rozpłynęło się. Matt wiedział doskonale co teraz kryją moje oczy... Strach, lęk, obawę...
Miał rację, co do wypowiedzianych przez siebie słów. On mnie zniszczy... Mogłam wyczuć jego uśmiech na twarzy. Zdaje mu się, że mnie przestraszył. Miał rację. Znów... Jednak nie mogłam tego otwarcie pokazać.
Gdy znalazłam się przed schodami zmierzającymi do przedsionka wyjścia z budynku, nie chciałam dać mu satysfakcji, iż mogę się go bać, dlatego odwróciłam się do niego i zawołałam jego imię, by zwrócił na mnie jeszcze na chwilę uwagę. Gdy to zrobił powiedziałam donośnym głosem:
- Do zobaczenia Matty - i posłałam mu całusa
Gdy szłam do góry słyszałam jak próbuje rozerwać kraty za którymi go uwięziłam.
Westchnęłam, czułam się bardzo dumna z siebie. Nareszcie dałam sobie radę i nie dałam mu się złapać. Chociaż raz się udało...
Gdy kierowałam się przez kolejne schody by podążyć do sali usłyszałam dźwięk telefonu informującego mnie o wiadomości tekstowej. Zanim jednak wyjęłam telefon z torebki powiedziałam szybkie "dzień dobry" do pana woźnego, który siedział jak zawsze w tym samym miescu otwierając drzwi spóźnionym dzieciakom.
Kiedy przeszłam przez drewniane ze szklanymi elementami drzwi zauważyłam, że w szkole nic a nic się nie zmieniło w czasie wakacji.
W tej samej chwili przypomniałam sobie o telefonie. Wyciągnęłam go i odblokowałam jednym ruchem kciuka ekran. To wiadomość od mamy:
"Jak skończysz to zadzwoń tata po Ciebie przyjedzie. I nie ma żadnych wymówek. Kocham. Mama."
Westchnęłam ponownie. Już powoli miałam dosyć tej opiekuńczości z ich strony. Wiem, że martwili się zwłaszcza po zajściach z ostatniego okresu, ale już było dobrze a oni i tak nie dawali za wygraną.
Weszłam na drugie piętro, po drodze mijałam plakaty z zeszłego roku szkolnego. Dyrekcja nie pofatygowała się by zawiesić nowe informacje dla uczniów.
Gdy ujrzałam numer sali 304, która była otwarta byłam szczęśliwa, że nauczyciel jeszcze nie zaczął uroczystości.
Weszłam, wiele osób już siedziało w ławkach. Kiedy tylko zobaczyłam wolne miejsce z tyłu poszłam w jego stronę i usiadłam. Nie obyło się bez zbędnych szeptów i śmiechów. Zaraz po mnie do pomieszczenie weszła ona. Kiedyś jak siostry teraz wrogowie. Nie patrzyłam w jej stronę, udając nie zainteresowaną. Powiedzmy sobie szczerze... Bałam się...
Po upłynięciu kilku minut do sali wszedł nauczyciel, a raczej profesor Franco. Pochodził z Włoch, co można było rozpoznać po jego charakterystycznym akcencie. Pamiętam go bardzo dobrze, bo zamiast prowadzić zajęcia uwielbiał opowiadać historie o swoim życiu. Kiedyś powiedział, że jest adoptowany, przez co znienawidził rodziców, bo był już dorosły jak odważyli się dopiero wtedy mu to powiedzieć. Mógł ich chociaż dokładnie wysłuchać, postarać się zrozumieć, no ale coż... Każdy jest inny.
Gdy zamknął drzwi i uciszył uczniów usiadł na swoim czarnym fotelu, przywitał się i zaczął odczytywać listę. Tak bardzo nie chciałam by czytał moje nazwisko. Zawsze gdy nauczyciele to robili wszyscy swój wzrok skupiali na mnie i patrzyli jakbym dopiero co uciekła z zakładu psychiatrycznego...
- Carter Jessica - przeczytał i tak jak przewidziałam wszyscy zaczęli wiercić się na swoich krzesłach w celu wyszukania mnie swoimi oczami. Wszyscy oprócz jej...
- Jestem - odpowiedziałam spokojnie
Gdy kończył listę obecności, ostatnia osoba, która powinna się znajdować w tej sali to... on...
- Czy ktoś wie dlaczego pana Fewman'a nie ma?
- Ostatni raz widziałem go w szatni - odpowiedział jeden z uczniów, co potwierdziło kilku pozostałych. Jak się zorientowałam był to jeden z kolegów Matta
- Carter powinna wiedzieć gdzie on jest - zaśmiał się kolejny przyjaciel mojego prześladowcy
Teraz bałam się, że profesor będzie kazał komuś sprawdzić czy Matta tam nie ma, a wtedy wszystko wyjdzie na jaw i to ja będę tą złą
- Pani Carter czy wie pani gdzie teraz może być pan Fewman? - zapytał profesor Franco
- Nie mam pojęcia - odparłam. Rzecz biorąc nie skłamałam, bo skąd mogłam wiedzieć czy czasem pan "wszystko zdolny" nie uciekł?
- Pewnie go zamordowała - powiedziała nagle moja... To znaczy Alice.
Wszyscy zaczęli się śmiać, a nauczyciel powiedział ostatecznie:
- Alice, daj sobie spokój z takimi głupimi żartami. Trudno, zaczniemy bez niego.
Jego przemowy 1. września były bardzo krótkie, dlatego po dziesięciu minutach było po wszystkim, za co dziękowałam Bogu, że trafił mi się taki wychowawca a nie inny. Wychodząc z klasy zadzwoniłam do mamy i powiedziałam o zakończeniu tego wszystkiego i że jestem gotowa na - jak to ujęłam - szofera. Wraz z rodzicielką zaśmiałyśmy się.
- Tata został nagle wezwany do pracy, dlatego to ja po Ciebie pzyjadę, a potem wybierzemy się na zakupy. - usłyszałam po drugiej stronie słuchawki, chciałam zaprzeczyć, ale mama mnie wyprzedziła i dopowiedziała - I nie chcę słyszeć żadnych sprzeciwów.
Do mojej szkoły nie było daleko, dlatego wiedziałam, że gdy mama już wyjdzie z domu będzie tu za jakieś 5 minut.
Wyszłam z budynku nerwowo rozglądając się czy nie ma nigdzie wkoło Matta. Z ulgą tylko odetchnęłam.
Gdy czekałam pod bramą szkoły, zauważyłam nadjeżdźający samochód ze znaną mi rejestracją. Kiedy ruszyłam w jego stronę, poczułam na prawym ramieniu, że w tej samej chwili wyrwałam się komuś z rąk. Bałam się odwrócić, ale ciekawość była silniejsza. Idąc w stronę niebieskiego audi, odwróciłam głowę i ujrzałam idącą osobę z twarzą z którą miałam już do czynienia dziś rano.
- Do jutra Carter! - krzyknął z satysfakcją w głosie. Zignorowałam to i wsiadłam do samochodu, przywitałam się grzecznie z moją mamą i zapięłam pasy.
Odjeżdźając pomachałam złośliwie z nutką zalotu do Matta, niech nie myśli, że ma nade mną przewagę. Że wciąż się go boję. Mimo tego, że tak było.
Odmachał oblizując przy tym usta.
To będzie koszmarny rok. Może nawet gorszy niż ubiegły. Jednak już dziś nie czas o tym myśleć. Chcę spędzić miło i sympatycznie ten dzień z mamą.
__________________________
Cześć kochani! Powoli zaczyna się coś dziać :)
Mam do Was dużą prośbę byście dali znać czy się podoba, da mi to jednocześnie oznakę czy ktokolwiek to czyta ;)
xoxo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz